with 4 komentarze

Parapetówka

Postanowiłam utworzyć nowy dział, w którym będę poruszała tematykę roślin pokojowych. Pomysł powstał po Poznańskim Targu Roślinnym, gdzie jak pamiętacie, rozdawałam nadwyżki ze swojego ogródka. Miałam też kilka parapetowców, które rozmnażam z taką samą pasją jak rośliny ogrodowe. I właśnie te parapetowce rozeszły się jak świeże bułeczki, natomiast ogrodowe musiały poczekać w kolejce na swoich nielicznych amatorów. Zdałam sobie sprawę, że przecież nie każdy ma ogród, ogródek, balkon, że uczestnicząc w miejskim targu wymiany roślin, trzeba być nastawionym na rośliny uprawiane w mieszkaniach. Przecież nas – blokersów jest masa. Ja też jestem blokersem, tylko takim wsiowym. Z małego bloczku, z małym ogródkiem, z podmiejskiej wioski. To mój fyrtel, moja dzielnia i moje parapetowce blokowce.

caladium

Bardzo się cieszę, że rośliny pokojowe mają takie wzięcie, zwłaszcza wśród młodszego pokolenia. Z Targu wyszłam podbudowana tym, że nie jest aż tak tragicznie. Impreza była mocno hipsterska. Czyżby posiadanie roślin w domu było deklaracją niezależności wobec współczesnego mainstreamu? Dużo młodych osób chce opiekować się roślinami, nawet jeśli miałby to być tylko jeden mały kaktus. Nie wspominając o monsterach, które są obecnie ogromnie modne (no właśnie – czy hipster chce być modny?) i instafriendly. Pomieszczenia dekorowane zielenią są znów na topie, a stwierdzenie: „twoje mieszkanie przypomina mieszkanie mojej babci” jest dzisiaj wielkim komplementem. I myślę, że nie chodzi tu tylko o modę i wzorowanie się na obrazkach z portali wnętrzarskich. Moim zdaniem, to po prostu tęsknota za zielenią, której niestety jest coraz mniej w naszym otoczeniu.

Mój fioł na puncie zieleni zaczął się właśnie od roślin pokojowych (no i od lasu, ale nie o tym dzisiaj). Odkąd pamiętam, zawsze jarały mnie doniczkowce, zawsze były w moim domu. W dodatku miałam szczęście, bo mogłam robić z nimi co chcę. A chciałam je rozmnażać!  Mama nigdy nie zabraniała małej bożce wsadzania łap w doniczki. Zresztą poczytajcie zakładkę „o mnie”, to dowiecie się, co robiłam jako mała dziewczynka. Gdzie tam lalki! Ja rozmnażałam figowce przez odkłady powietrzne! To dopiero była zabawa.

Flebodium 'Blue Star'

Ale do brzegu – otwieramy nowy dział! Mam nadzieję, że przyda Wam się garść informacji i moje doświadczenia z parapetówką. Oczywiście parapetówka to nazwa umowna, bo od parapetów się zwykle zaczyna. Potem rośliny opanowują meble, ściany, sufity, a nawet wchodzą nam do łóżek. Mnie straszy codziennie z rana owłosiona noga pająka, która powoli wchodzi mi na głowę. Po przebudzeniu potrzebuję chwili czasu, żeby przypomnieć sobie, że to przecież milutka davalia, a nie koszmarny sen.

Modne paprocie

Zaczynam od paproci, bo lubię je najbardziej i chcę Was do nich przekonać. Kojarzą się Wam z babcinym pokojem lub peerelem?  To świetnie! Z pewnością kiedy słyszycie o paprotkach w domu, to macie przed oczami zielone, mniej lub bardziej obsuszone liście, zwisające z meblościanek. Meblościanki były symbolem luksusu w prl-u, a te „na wysoki połysk” to w ogóle był szczyt przepychu. To w nich przeciętny Kowalski umieszczał bogactwa, które udało mu się wtedy zdobyć – kryształy, wazony ceramiczne, analogowe płyty i szklane kieliszki. Te skarby okraszone były zwykle pióropuszami popularnego wówczas nefrolepisa. Obecnie mamy do wyboru mnóstwo nowych odmian paproci o przeróżnych kształtach liści, odcieniach i naprawdę można sobie stworzyć fajną i efektowną kolekcję. Jedno się nie zmieniło – trzeba im zapewnić odpowiednie warunki, żeby nie straszyły uschniętymi kikutami i nie sypały się jak bożonarodzeniowe choinki tydzień po świętach.
Phlebodium aureum 'Blue Star'

 Flebodium złociste –  Phelbodium aureum ‚Blue Star’

Flebodium złociste ‚Blue Star’ to moja ulubiona gwiazda wśród paproci. Ostatnio dosyć popularna, ale jakiś czas temu była niezłym rarytasem. Moje flebodium było już wielokrotnie dzielone, między innymi przy okazji wspomnianego poznańskiego targu roślinnego. W związku z tym obecnie nie wygląda najlepiej, ale za to jej część (jakoś wolę rodzaj żeński) poszła już w inne ręce. Nie stwarza żadnych problemów, mocno się rozrasta, a jedyne co mi przeszkadza, to powykręcane liście, które z braku miejsca krzywo rosną.  Ale już niebawem zawiśnie na suficie, taki jest plan. Wtedy będzie miała przestrzeń do pokazania na co ją stać.

‚Blue Star’ to nie jest wielka paproć, przynajmniej nie tak duża jak gatunek, który rośnie w naturze. Nasza Niebieska Gwiazda to odmiana stworzona do uprawy w pomieszczeniach. Hodowcy popracowali nad jej wielkością – zmniejszyli ją do ok. pół metra oraz nad jej odpornością na trudy i znoje w ciężkich mieszkaniowych warunkach.

Flebodium złociste czyli niebieskie

Flebodium złociste nie ma nic wspólnego ze złotem, przynajmniej jeśli chodzi o kolor. Jej liście pokryte są woskowym nalotem, który daje szaro – niebieskawe zabarwienie. Nie ukrywam, że zaintrygował mnie ten nalot. Oprócz specyficznego koloru daje on ciekawą fakturę i subtelność w dotyku. A ja bardzo lubię dotykać roślin. Mimo, że nie wszystkie lubią mój dotyk. Podobno właśnie paprocie nie przepadają za dotykaniem, ale ja i tak je głaszczę. Wyniosłam te pieszczoty z domu – moja mama głaskała paprocie i rozmawiała z nimi. Możemy razem popukać się teraz w głowę, ale wtedy nie widziałam w tym nic dziwnego, bo paprocie dzięki temu pięknie rosły. Przynajmniej ja wierzyłam, że dzięki temu. Jeśli chodzi o flebodium, to trzeba ją głaskać z umiarem. W przeciwnym razie można zniszczyć warstwę woskowego nalotu.

Phlebodium aureum 'Blue Star'

Zraszanie i wilgotność powietrza

Zapytacie: co ze zraszaniem? Bo wiadomo, że paprocie należy często zraszać i zamgławiać, żeby zapewnić im wysoką wilgotność powietrza. Właśnie z powodu tego charakterystycznego nalotu nie zraszam flebodium. Po tym zabiegu zostają na liściach plamy i nalot lekko się wypłukuje. Aby zwiększyć wilgotność powietrza ustawiam doniczkę w osłonce, w której na dnie leżą kamyki zalane wodą. Doniczka nie powinna stać w wodzie, tylko na samych kamykach (keramzycie, żwirze, co tam macie pod ręką), więc wody nie może być za dużo. Jeśli osłonka jest dużo większa, to boki doniczki można obłożyć mokrym mchem. Ja niestety nie dysponuję mchem, zresztą nawet gdybym dysponowała, to szkoda byłoby mi go na okładanie doniczek. Wystarczają nam kamyki z wodą.

Phlebodium

Phlebodium

Telefon do przyjaciela – Po co flebodium ma ten nalot?

W jakim celu ta paproć produkuje nalot na liściach? Cały dzień się głowię, jaki ma w tym interes. Podobny nalot ma Platycerium, czyli popularne łosie rogi. Ale nic mi z tego, bo i tak nie wiem po co rogom nalot. Uruchomiłam koło ratunkowe – telefon do przyjaciela. Właściwie messenger to był, ale jaki teleturniej, taki telefon. Mimo burzy mózgów na nic nie wpadliśmy. To znaczy na nic konkretnego.

Pytanie: Słuchaj, po co flebodium ma taki woskowy nalot?

A:  ma za zadanie trzymać wilgoć?

B:  ma po nim spływać woda, skoro to lasy tropikalne?

C:  ma utrzymać stałą temperaturę? Ale po co?

D: a może wymiana gazowa? bez sensu

Wybraliśmy B i żeby potwierdzić lub odrzucić nasz wybór, zrobiłam doświadczenie. Jak nigdy dotąd nie zraszałam flebodium wodą, to teraz wzięłam ją do wanny i zrobiłam prysznic. Samo zło, bo woda u mnie okropna do takich zabiegów. Ale co się okazało? Woda spływała po nalocie jak po tafli z wosku! Chyba mamy odpowiedź! Tylko nie do końca, bo woda zaczęła też zmywać nalot. Jaki więc sens miałaby tak słaba ochrona? Nadal nie wiem w jakim celu leży ta szara warstwa na liściach. Poświeciłam paprotkę, pozbawiłam liści pięknej niebieskiej barwy i dalej nic. Trochę wosku zostało i mam nadzieję, ze flebodium wyprodukuje go na nowo. Bo po coś on jest, tylko nadal nie wiem po co. I czy to w ogóle jest wosk? Może Wy macie jakieś pomysły? Dodam, że liście produkują ją wraz ze wzrostem, bo na młodych nie jest aż tak widoczna.

Ot, takie wieczorne piątkowe rozważania zamiast spokojnego chilloutu.

Phlebodium aureum 'Blue Star'

 

Phlebodium aureum 'Blue Star'

Pełzające kłącze

Kolejną ciekawostką są futrzaste pełzące kłącza. Brzmi groźnie? Nie, nie bójcie się, to całkiem milutkie w dotyku pełzacze. W dodatku bardzo produktywne, bo z nich wyrastają młode liście. A to co mnie interesuje najbardziej, to fakt, że przez kłącza można rozmnażać. To dosyć proste w przypadku tej paproci, zwłaszcza, że szybko się rozrasta. Innym sposobem jest rozmnażanie przez wysiew zarodników, które pojawiają się latem na spodniej stronie liści. To jednak wyższy level, ale do ogarnięcia dla mocno cierpliwych zawodników.  Zdradzę wam, że kilka dni temu wysiałam zarodniki innych paproci. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy. Z pewnością obwieszczę światu, jeśli pojawią się małe paprociątka. Na razie trzymajcie kciuki.

Trochę mnie zdziwiło, że niektórzy zwą to włochate kłącze króliczą stopą. Już prędzej podciągnęłabym je pod zagadkowy złocisty kolor aureum, pojawiający się w nazwie, bo łuski pokrywające kłącze mają złotawy kolor. I kolejne pytanie rodzi się w mojej głowie. Do czego służą te łuski? Do łapania wilgoci, czy do pełzania po podłożu?

Jeśli chcecie w jakimś stopniu dogodzić roślinom domowym, to najlepiej dowiedzieć się jaka jest ich miejscówka w naturze. To punkt wyjścia do ustalenia, czego roślina od nas potrzebuje. Przyda się również znajomość geografii, bo nasze domowe rośliny pochodzą z różnych zakątków świata. Phlebodium rośnie w tropikalnych lasach Ameryk. Jej podporą są drzewa i właśnie na nich spędza swoje życie. Nie ma więc za wiele światła, bo korony drzew tworzą nad nią zielony dach. Nie ma też zupełnej ciemności, bo jednak dochodzi do niej rozproszone światło słoneczne. No i ma oczywiście dużo wilgoci.

Ciężko przenieść do domu klimat wilgotnego lasu tropikalnego. Ale pokombinujmy. Może macie widną łazienkę? Może spróbujcie ustawić tę paproć we wschodnim pokoju zaraz za firanką? U mnie najlepiej rośnie na północno – zachodnim kuchennym parapecie, bezpośrednio za szybą, z dala od kaloryfera i jest jej dobrze. Nie zniesie ostrego słońca i suchego powietrza. Trzeba trochę potańczyć z paprociami po mieszkaniu, żeby znaleźć im dobre miejsce. Jako podłoże polecam gotową ziemię do paproci. Można pobawić się i zrobić swoją mieszankę –  najważniejsze, żeby była to ziemia lekko kwaśna, próchniczna i luźna.

Phlebodium

O szkodnikach i chorobach nie będę pisać, bo jak na razie (tfu, tfu) nic złego się nie dzieje. A może ten nalot odstrasza robactwo i choroby? Jedyne niedoskonałości w jej wyglądacie powstały z mojej winy. Drobne uszkodzenia mechaniczne, złamane listki czy naruszona warstwa woskowa. Czasem zdarzy się, że młody listek usycha, ale to najprawdopodobniej wina lekkiego przesuszenia podłoża. Paprocie uczą nas systematyczności, obserwacji i reagowania. Nie są kwiatkami, które można uprawiać doraźnie, ale za to jak dobrze się wśród nich człowiek czuje.

Czy ja napisałam „kwiatkami'”? Taki byk na koniec! A może jednak paprocie mają kwiatki?

 

Uprawa Phlebodium w pigułce:

  • stanowisko półcieniste albo jasne z rozproszonym niezbyt mocnym światłem (optymalne miejsce to północny, północno- zachodni parapet)
  • duża wilgotność powietrza (najlepiej doniczkę umieścić w większej osłonce, a na jej dno wsypać kamyczki/keramzyt i nalać trochę wody)
  • temperatura 18 – 25 °C , nie może spaść poniżej 13 °C
  • nie lubi przeciągów
  • podłoże lekkie, przepuszczalne, próchniczne o ph 4,5 – 5,5
  • podłoże zawsze wilgotne, nie wolno przelewać ani doprowdzić do przesuszenia
  • przy podlewaniu omijać środek rośliny, skąd wyrastają nowe liście, najlepiej podlewać po ściankach doniczki
  • podlewać tylko miękką i odstaną wodą
  • przesadzać, gdy doniczka będzie wyraźnie za mała –  może okazać się, że nawet co roku, bo flebodium silnie się rozrasta
  • nawożenie od kwietnia do października – raz w miesiącu płynnym nawozem do paproci (dawkowanie w zależności od nawozu)
  • pojemnik z otworami odpływowymi, a na dnie dobry drenaż
  • Marta City Gardener

    Biały woskowy nalot potrzebny jest Phlebodium w kilku celach. Po pierwsze chroni roślinę przed utratą wody, oraz nadmiernym promieniowaniem słonecznym. Zmniejsza napięcie powierzchniowe, przez co nadmiarn wody łatwiej spływa (Phlebodium nie lubi zalewania karpy korzeniowej). Dodatkowo bierze udział w samo oczyszcaniu się rośliny, oraz zapobiega wspinaniu się różnych stworów w tym szkodników na paproć. Phlebodium nalot odbuduje szybciej niż myślisz…skąd wiem pracuje z nimi, i innymi roślinami tropikalnymi na codzień 🙂 Pozdrowienia z Palmiarnii.

    • Dziękuję Marto za informacje! Czyli nasze przypuszczenia co do utrzymania wilgoci i spływania wody po liściach były dobrym tropem 🙂 Jeśli chodzi o odbudowanie nalotu, to ogłaszam, że już się znów pojawił 🙂 Zaciekawiło mnie to samooczyszczanie. Czyli produkuje nalot go na bieżąco?

  • Karolina Re.

    Podziwiam ludzi, którzy mają rękę do kwiatów. U mnie na parapecie tylko umierający storczyk…